Obserwuj przez e-mail


W tym (właśnie się kończącym) miesiącu pojechałam na kilka dni do Włoch, w ramach uczelnianego projektu. Wyjazd był świetny – przede wszystkim zobaczyłam Colosseum, a dla antycznolubnej mnie coś takiego zasługuje na miano wydarzenia roku. Jednak w gruncie rzeczy tym, co przede wszystkim zyskałam, przywiozłam z tej podróży, była… właśnie podróż.

Podróż sama w sobie – samolotem, pociągiem, busem, samochodem, pieszo – jest największą wartością wszelkich podróży. Świat, oglądany przez szybę, zachwyca i przytłacza jednocześnie; nieustanny ruch, w którym jestem, choć siedzę, pozwala na niesamowitą swobodę myśli. Spacer, wędrówka – zderzają z wybranymi fragmentami przestrzeni. Ruch własny, noga za nogą, metr za metrem, zmusza do poczucia danego miejsca całą sobą.

Lubię latać, jeździć – i chodzić. Każdy z tych sposobów podróżowania daje mi coś innego. Lot jest szczególnym doświadczeniem – to właśnie w samolocie mam poczucie absolutnego oderwania się od codzienności i samej siebie, oderwania tak kompletnego, że mogę wszystko. Jazda zbliża mnie do konkretu – w pociągu, busie czy samochodzie wszystkie problemy i wyzwania stają się bardziej namacalne, a zarazem konkretyzuje się możliwość ich rozwiązania. W czasie spaceru czy wędrówki odnoszę z kolei wrażenie, że uciekam – uciekam od wszystkiego i wszystkich, tak bardzo, że staję się nietykalna, i nawet gdy wrócę – już nic i nikt nie zdoła mnie dotknąć, przynajmniej nie aż tak, jak wcześniej.

Powinniśmy się obowiązkowo wyganiać w podróże, choćby krótkie i bliskie – bo to naprawdę uczy pokory i dystansu. Przede wszystkim zaś – uczy zadawania odpowiednich pytań. I myślenia o rzeczach, sprawach, ludziach, potrzebach, które zaliczylibyśmy do pierwszej i drugiej ćwiartki – do rzeczy ważnych, nawet jeśli niekoniecznie pilnych. W czasie lotu, jazdy, wędrówki wszystko to, co nieważne, maleje, słabnie, gubi się – tak jakby w błoto wcisnęły je skrzydła, koła, podeszwy butów. Podróż wyraźnie pokazuje, która oś w układzie czterech ćwiartek naprawdę się liczy. Ważność. To, co ważne – nawet wtedy, gdy nie jest pilne. Pilność to ta oś, którą w podróży wyrzucamy, bo zbyt obciąża, bo odwraca uwagę, bo jest zbędna. W podróży ważność jest jedyną walizką, którą warto zabrać jako bagaż podręczny.



To, co ważne. Tak dużo myślę, czytam, mówię o relacji czterech ćwiartek, o tym, że ważne jest ponad pilnym; tak bardzo się staram, by sprawy wpisujące się w moją pierwszą i drugą ćwiartkę stanowiły podstawowe wypełnienie mojej codzienności. Tak dużo, tak bardzo, z takim przejęciem; a jednak wpadam w ćwiartkę trzecią (nieważne, lecz pilne) i czwartą (nieważne i niepilne); wpadam i pozwalam, by rzeczy dla mnie ważne czekały i szarzały, bo przecież pilne-pilne-pilne jest pilne.

Źle mi z tym – ta refleksja pasuje do obu lotów, gdy na siebie i swoją codzienność mogłam spojrzeć z góry (i przez chwilę przestać w nie wierzyć, bo kto wierzyłby, że tam, kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów poniżej samolotu, znajduje się cokolwiek więcej niż tylko kolorowe paski ziemi?). Chcę to zmienić, mogę to zmienić, widzę, gdzie i jak zmienić – pięć busów, trzy taksówki i jeden pociąg zostawiły tę świadomość. A trzy dni spacerów po dwóch włoskich miastach dodały to, co może w całej sprawie najistotniejsze: dystans. Jest w buddyzmie takie ładne powiedzenie: piekło i niebo wydarza się między uszami. Wędrówka wietrzy głowę i z piekła, i z nieba, pozostawia za to głębokie „tu i teraz”. Tu i teraz, które, paradoksalnie, na co dzień też ląduje w drugiej ćwiartce: będę odczuwać świat i życie wokół siebie, dostrzegać je, cieszyć się nim i przeżywać dogłębnie – tylko nie teraz, nie w tej chwili; to wprawdzie ważne, ale niekoniecznie pilne, może poczekać do jutra. Uważność, pełna świadomość świata hic et nunc – odkładana na potem, bo przecież niepilna. To jedno z najbardziej paradoksalnych osiągnięć współczesnego świata.

Cztery ćwiartki nie są bzdurą, mają swój sens (samolot). Trzeba się ruszyć i o dwie pierwsze dbać bardziej, a dwie pozostałe intensywniej przeganiać (busy, pociąg). Trzeba się pogodzić ze świadomością, że zawsze może się pojawić coś poza kontrolą (spacer); że jutrzejszy plan nie jest ważniejszy niż dzisiejsze życie, bo tylko to ostatnie jest tu i teraz; że, wreszcie, wszystko przeminie, tak jak zawsze wszystko przemija, i jeśli rzeczy ważne mają jakąkolwiek wartość, to właśnie taką, że są ważne – dla mnie, teraz, dopóki tylko przemijam, ale jeszcze nie przeminęłam.

To nie jest jakaś szczególna mądrość, to w gruncie rzeczy banał, który tak dobrze znamy. Banały mają tę szczególną właściwość, że w teorii mogą być powszechnie znane i zyskiwać powszechny aplauz – ale w praktyce zostają zapomniane i zgubione. Może więc i po to są podróże – by przypominać sobie banały i na nowo odkrywać ich niebalaność.

I by układać sobie w głowie samą siebie, ciągle od nowa, bez szans na dotarcie do „jedynego właściwego” wzoru, kierunku czy wyboru, po którym już nie będzie się trzeba zastanawiać, weryfikować, podważać, poszukiwać. Na szczęście.

fot. Pexels

Brak komentarzy