Obserwuj przez e-mail


Lubię grzebać w cudzych biblioteczkach domowych. Można kogoś lepiej poznać, do tego z tej nie zawsze oczywistej strony, można napotkać nowe tytuły i nowych autorów, a poza tym można coś pożyczyć (bez kart bibliotecznych i bez upomnień za nieterminowy zwrot). Biblioteczki fachowe są podwójnie interesujące, a fachowe biblioteczki psychologów – interesujące do sześcianu. Niedawno odwiedziłam kolegę psychologa i od razu przykleiłam się do jego półek. Wyniosłam dwie książki, w tym Cokolwiek myślisz, pomyśl odwrotnie Paula Ardena. Czytało się dobrze, ale choć jest „po kierunku”, czyli dotyczy rozwoju osobistego i zawodowego, to jednak mam z nią problem. Nawet całkiem spory.

Tak, czytało się dobrze – szybko, płynnie, z rozbawieniem i zaciekawieniem. Arden jest błyskotliwy, zna sporo anegdot, sprawnie obraca elementy oczywiste o sto osiemdziesiąt stopni i pokazuje ich drugie oblicze, ciemną stronę Księżyca czy po prostu aspekty, na które nigdy wcześniej zwyczajnie nie zwróciliśmy uwagi. Potrafi tworzyć dobre podsumowania, komiczne porównania i zgrabne bon moty. Wszystko dobrze, tylko po dwóch trzecich tekstu zaczęłam odnosić coraz silniejsze wrażenie, że robi się z tego sztuka dla sztuki, nastawiona na autorskie popisywanie się „odwrotnomyśleniem”. Ale to później.


MYŚL ODWROTNIE

Czym w ogóle jest „myślenie odwrotnie” w ujęciu Ardena? Zaryzykowałabym stwierdzenie, że swoistym wyszukiwaniem dziur w całym i pokazywaniem, że z tych dziur daje się zrobić coś zupełnie nowego albo chociaż można wywrócić dotychczasowe „stałe” na drugą (lepszą) stronę. Można też ująć to prościej i bez wysilania się na metafory, porównania, paradoksalne obrazy: myślenie odwrotne to kwintesencja tego, o co nam chodzi, gdy mówimy „kreatywność”. Jądro kreatywności tkwi bowiem nie w tym, że tworzy się z niczego, tylko w tym, że na podstawie czegoś, co już jest, potrafi się zrobić coś innego – coś, czego rzeczywiście dotąd nie było albo czego nie było dotąd w taki sposób. Na dobrą sprawę nic przecież nie istnieje w próżni - wszystko jest jakoś umieszczone w kontekście innych rzeczy, spraw, idei, wydarzeń etc. Pewien mój wykładowca skwitował głośną swego czasu powieść słowami: „Autorka nie zna kontekstów, więc wydaje jej się, że pisze bez kontekstów”; nieźle to pasuje do założenia, że kreatywność to wymyślanie z niczego, takie wyciąganie królika z kapelusza. Jeśli jednak nie jesteś kilkuletnim dzieciakiem, raczej nie uwierzysz, że chwilę wcześniej, nim magik zanurzył rękę w kapeluszu, tego uszastego futrzaka tam nie było. I tak samo nie powinno się wierzyć w absolutną próżnię, w której działa kreatywność.



Przykłady podawane przez Ardena są świetnym dowodem na to, że kreatywność i myślenie odwrotne to w najgorszym przypadku dobre rodzeństwo, w najlepszym – bliźniaki (nawet syjamskie).

Weźmy chociażby tekst, którym Arden otwiera całą książkę – Przodem do tyłu. Skoczkowie kiedyś skakali inaczej niż w sposób, który znamy obecnie – ustawiali się do poprzeczki równolegle. Jednak w 1968 roku, podczas olimpiady w Meksyku, pewien zawodnik „zamiast zwrócić ciało w kierunku poprzeczki, odwrócił się do niej plecami. [...] Skoczył wyżej niż ktokolwiek przed nim, bo myślał inaczej niż wszyscy” [s. 7]. Czyli: nie wziął swojej metody skoku z niczego, lecz przyjrzał się temu, co było dotąd, i stwierdził „A gdyby tak nieco inaczej?”.

DOBRE POMYSŁY, ZŁE ZEBRANIA

Znalazłam też bardzo dobry kawałek dla wszystkich perfekcjonistów, którzy próbują zwalczyć ten nieszczęsny i psujący tak wiele spraw perfekcjonizm: „Zbyt wiele osób poświęca zbyt wiele czasu na doskonalenie czegoś, czego jeszcze nie zrobili. Zamiast marzyć o doskonałości, zacznij od tego, co masz, i pracuj nad tym w trakcie realizacji” [s. 53]. Te dwa zdania chyba powieszę sobie nad biurkiem i w pracy, i w domu, bo nadal aż za bardzo mnie dotyczą (choć już trochę mniej niż kilka lat temu). Do tego jeszcze można by dodać fragment z innego rozdziału: „Które pomysły są dobre? Te, które zostaną zrealizowane. Niezrealizowane pomysły nie są dobre” [s. 88].

Jeśli ktoś oglądał Annie Hall Woody’ego Allena, powinien pamiętać ten kawałek rozmowy dwóch mężczyzn na przyjęciu u hollywoodzkiego filmowca: „To jeszcze tylko koncepcja, ale próbuję zebrać pieniądze, by zamienić ją w pomysł, a potem w projekt”. Czasem mam wrażenie, że w przestrzeni zawodowej obracam się właśnie w przestrzeni tej rozmowy. Czasem, co gorsza, mam wrażenie, że we własnych działaniach i marzeniach tkwię w samym jej środku. I wtedy właśnie powinnam mieć przed oczami słowa „Dobre są tylko te pomysły, które zostaną zrealizowane” - z dodatkiem „nawet jeśli nie zostaną zrealizowane zupełnie dobrze”.



Ponieważ nie cierpię zebrań służbowych (tak gromadnie, z reguły i odruchowo), urzekło mnie też inne stwierdzenie: „Zebrania są dla ludzi, którzy mają za mało pracy” [s. 72]. No dobrze, nie jest to do końca prawda i nie zawsze tak jest – ale rozumiem ideę, która stała za tym zdaniem (poza tym powiedzmy sobie szczerze: stwierdzenia i tytuły, które irytują, wywołują myśl „właśnie że nie!” albo „a ja znam przykład, że jest inaczej”, wcale nie mają na celu stwierdzenia jedynej prawdziwej rzeczywistości; ich podstawowe zadanie to pobudzenie do myślenia i właśnie… myślenia odwrotnego. Toteż, nie odmawiając konkretnym zebraniom wartości i przydatności, chętnie przytulę się do zdania „Zebrania są dla ludzi, którzy mają za mało pracy”).

Niestety, bardzo często zebrania służbowe zamieniają się w ustną księgę skarg i zażaleń, w bezcelowe wymienianie się pomysłami, które nigdy nie zostaną zrealizowane (patrz akapit wyżej) albo w pretekst dla szefa, by się powydzierać na pracowników i udowodnić im, jakimi są idiotami (oj, to poznałam jakiś czas temu aż za dobrze). Dodatkowo zauważyłam, że zebrania, które są regularne i stanowią stały punkt tygodnia, zaczynają być traktowane przez pracowników jako nudny obowiązek do odwalenia, a nie jako możliwość przegadania i załatwienia ważnych spraw. Może po prostu w Polsce wiele instytucji nie potrafi prowadzić zebrań, które stanowią coś więcej niż przeględzoną nasiadówkę?

„Jeśli musisz zwołać zebranie, pozbądź się krzeseł”, radzi Arden [s. 72]. Może to tłumaczy, dlaczego tyle fajnych pomysłów pojawia się i tyle rzeczywistych działań zaczyna się przy stoliku lub pod ścianą podczas jakiegoś spotkania, towarzyskiego czy służbowego? Nie ma krzeseł, nie ma atmosfery zebrania, jest za to okazja i chęć do pogadania, a z tego pogadania rodzi się apetyt na zrobienie czegoś.

Czyżbym właśnie niechcący zdiagnozowała (przy pomocy Ardena) podstawowy problem zebrań? Człowiek siada, a mózg myśli „O, jak w szkole, byleby nie wyrwali mnie do tablicy, a poza tym chwila luzu, chodź porysować tłuste kotki w notesie!”.

CZYTELNIK IRYTUJE SIĘ W DOWOLNYM KIERUNKU

Wiele rzeczy, o których pisze Arden – w odniesieniu do sztuki i codziennego życia, firm i spraw prywatnych, mody, sportu, zarządzania, marzeń – może stanowić punkt wyjścia do myślenia odwrotnie czy po prostu sprowokować do zastanowienia się nie tylko „co”, lecz również „jak” robimy na co dzień. Czyta się, jak wspominałam, dobrze, tekst wciąga, bawi, potrafi zainspirować. Skąd więc pewna irytacja, która pod koniec mnie dopadła?

Szczerze mówiąc, chwilami sama się zastanawiam. Możliwe, że pod koniec zaczęła mnie męczyć formuła, te kolejne i kolejne „a tu odwrotnie i lepiej, a tu odwrotnie i lepiej” (najwidoczniej za szybko czytałam). Możliwe, że niekiedy drażniła mnie biało-czarna forma niektórych uwag, taka zamerykanizowana poppsychologia, jak choćby tu: „Świat jest taki, jakim ty go widzisz. Więc spójrz na niego inaczej, a twoje życie się zmieni” [s. 136]. Przepraszam, zalatuje mi to na kilometr(y) jedną z tych pań celebrytek, która twierdziła, że zmiana diety i trochę ruchu wyleczy z depresji w trymiga. Nie lubię takich absolutnych, podziałkowych (czarne – białe, złe – dobre), magicznych formułek, bo zmiana własnego sposobu patrzenia na świat to już jest spora praca, nieraz wymagająca fachowego wsparcia i/lub większej ilości czasu. Nie, panie Arden, nie jest tak słodko-pierdząco, tym bardziej że „mój” sposób patrzenia na świat nie jest kompletnie mój - nakładają się na niego spojrzenia mojej rodziny, które mi w procesie wychowania przekazano, spojrzenia osób mi bliskich, ważnych dla mnie albo jakoś na mnie wpływających, spojrzenia mnie małej, nastoletniej, dorosłej. Nie, nie jest tak, że po prostu przełączę pstryczek i już będzie „inne spojrzenie, które zmieni moje życie”.

Tak, chyba ta niefrasobliwość szczególnie mnie zirytowała. Trochę też znudziła mnie miejscami powtarzalna formuła: jakieś zdjęcie, mniej lub bardziej „odwrotne”, i dwa-trzy zdania z klimatach amerykańskiej poppsychologii, i mamy kolejny rozdział zaliczony.

Mimo wszystko jednak – myślę, że warto przeczytać Cokolwiek myślisz, pomyśl odwrotnie, nawet jeśli przez część lektury miałoby się zgrzytać z irytacji zębami. Może to zresztą cena za zobaczenie pewnych spraw inaczej i znalezienie jakiegoś elementu przydatnego dla siebie. Dla mnie będą to na pewno uwagi o tym, że pomysł zrealizowany jest lepszy od niezrealizowanego, że nadmiar zebrań szkodzi zdrowiu (i pracy), a perfekcjonizm jest do kitu.



I jeszcze coś, na koniec – słodko-gorzki fragment z rozdziału Decyzje, decyzje, decyzje, który może zachwycić lub zaboleć, w zależności od tego, w jakim miejscu w życiu akurat się jest. Może nawet zachwyci i zaboli jednocześnie, kto wie. Może to i dobrze.

„Nieważne, co wybierzesz, będzie to jedyny możliwy wybór.
Inaczej wybrałbyś coś innego.
Wszystko, co robimy, jest kwestią wyboru.
Czego tu żałować?
Jesteś taką osobą, jaką decydujesz się być” [s. 31].

Dodałabym: jeżeli żałujesz, to pomyśl odwrotnie: co można odwrócić (w życiu, w przyszłych decyzjach), by więcej nie żałować. Tylko nie udawajmy, że jest to proste i że zaraz po odwróceniu myślenia zaczną się wokół nas dziać cuda, pojawi się szczęście do sześcianu, politycy staną się wiarygodni, a ZUS da emerytury, przez które nie umrzemy ze śmiechu (przez łzy). Tak pięknie nie będzie. Jedyne, co można zrobić, gdy się odwróci myślenie, to po prostu zająć się dalej swoim życiem – z danym samej / samemu sobie przyzwoleniem, by myśleć inaczej niż inni. Zwłaszcza ci inni, którzy chcą nam mówić, jak mamy żyć.

W gruncie rzeczy, jeśli nie z innego powodu – to choćby właśnie z tego ostatniego warto przeczytać książkę Ardena.

Paul Arden, Cokolwiek myślisz, pomyśl odwrotnie, przeł. O. Siara, Kraków 2008. Za pożyczenie książki wielkie dzięki dla Szymona Kucharskiego, Centrum Psychoedukacji.

fot. Pexels, Pixabay i stąd

2 komentarze:

  1. Myślę, że takie wpisy są naprawdę potrzebne. Pomagają zrozumieć siebie oraz własną duszę.

    OdpowiedzUsuń