Obserwuj przez e-mail


Drugoćwiartkowych kłopotów jest, oczywiście, multum – o wiele więcej niż kłopotów związanych z czwartą ćwiartką i o (mimo wszystko) znacznie poważniejszych gabarytach. Może po części dlatego, że zmęczone ciało i zmęczony umysł zmuszają nas przynajmniej od czasu do czasu do wylądowania w przestrzeni „nieważne, niepilne, nietwórcze, nieefektywne, a weźcie się wszyscy ode mnie odwalcie” i zafundowania sobie odrobiny relaksu, nicnierobienia, regeneracji przy wsparciu  „głupot” (dbajmy o te głupoty!). Natomiast samo z siebie ani ciało, ani umysł nie zaciągnie nas do ćwiartki drugiej – ciało, bo mu się zwyczajnie nie chce, co się będzie wysilało; umysł, bo od małego miał wbijane, że najpierw obowiązki, czytaj: to, co dorośli, więksi, ważniejsi i decyzyjni, uznają za ważne i pilne, dopiero potem twoje głupoty (tu już bez cudzysłowu, bo to określenie, w pełnym jego znaczeniu i absolutnie na poważnie, pada w odniesieniu do wielu rzeczy, marzeń i prób, na które mają ochotę dzieci, nastolatki, młodzi dorośli… i tacy już w pełni dorośli).

Nie, umysł sam z siebie nie wykona, na zasadzie odruchu, aktu zaciągnięcia człowieka do drugiej ćwiartki, do tego, co ważne (gdzieś w głębi umysłu, serca, duszy), ale niepilne, szczególnie – niepilne z punktu widzenia zewnętrznego otoczenia. Umysł musi zostać zaciągnięty (wraz z resztą człowieka) – na takiej zasadzie, na jakiej zaciągamy swoje ciało do siłowni albo na poranną gimnastykę w łazience, bo wiemy, że te ćwiczenia, nawet najprostsze, są dla nas zwyczajnie zdrowe, dobre, potrzebne – i sprawiają przyjemność, a w dalszej perspektywie oznaczają na przykład brak bólu kręgosłupa podczas siedzenia przy biurku czy lepsze funkcjonowanie i samopoczucie na co dzień (ale, wiecie, poranna gimnastyka nie jest pilna. Za to pozmywanie rano naczyń jest pilne. Stwierdzenie: „Nie pozmywałam rano, bo się gimnastykowałam” nadal wyda się wielu osobom fanaberią, w przeciwieństwie do „Nie gimnastykowałam się rano, bo zmywałam”, które częściej ma szansę zostać uznane za „normalne”; nadal, mimo że tak głośno teraz lansuje się zdrowy tryb życia, a pozmywane naczynia ani trochę się nie przełożą na zadbany kręgosłup, w przeciwieństwie do porannej gimnastyki).

Ad rem: tak, mózg trzeba zaciągnąć siłą do drugiej ćwiartki. Świadomość musi powiedzieć głośno: „Ej, stary, zbieramy się i idziemy robić ważne, choć niepilne. Zamknij gębę, nie ma gadania, teraz drugoćwiartkujemy! Brudne gary? Cicho, pozmywasz se później, jak już się pouczysz słówek z obcego języka / napiszesz kawałek opowiadania / wymyślisz nowy projekt / rozkręcisz profil na LinkedIn / przeczytasz coś przydatno-rozwojowego / pomedytujesz / wpisz inne”.

MÓZGOPANIKA

Mózg, oczywiście, skręca się w panice („Dorośli, starsi, decyzyjni plus potoczna społeczna pseudomądrość mówią, że najpierw mamy się zatyrać w rzeczach pilnych, a potem, jak zostanie czas, możemy się bawić w jakieś niepilne głupoty, które nam przychodzą do głowy! Ej, świadomość, ty mnie słuchasz?”). Mózg będzie się skręcał w panice jeszcze wielokrotnie, w początkowych fazach szczególnie późnym wieczorem, tuż przed zaśnięciem, gdy obejrzysz się za siebie, by zerknąć na kończący się właśnie dzień, i pomyślisz: „Zrobiłam kilka fajnych rzeczy, które są dla mnie ważne, choć nie były pilne [wstaw znaczek serca]”. Poważnie, taka panika się pojawi – panika i poczucie, że robisz coś nie tak, że nie pracowałaś naprawdę, że zajęłaś się głupotami, a nie poważnymi dorosłymi sprawami (co to w ogóle za paranoja, ten znak równości wstawiany między „poważnymi dorosłymi sprawami” a „sprawami nudnymi, nierozwijającymi i takimi, od których chce się uciekać”?). Pojawi się niepokój, że zawaliłeś, tylko jeszcze o tym nie wiesz, a konsekwencje już się czają za drzwiami, ostrzą pazury i wyskoczą z kąta, gdy się tego najmniej spodziewasz, zupełnie jak hiszpańska inkwizycja, której nikt się nie spodziewa. Pojawi się poczucie winy, że zmarnowałeś cały dzień na głupoty. Pojawi się myśl, że jak to dobrze, że nikt nie wie, jaka jesteś niekompetentna i niewydajna, bo nie goniłaś osiem, dziesięć lub piętnaście godzin za sprawami, na których ci nie zależy, tylko ograniczyłaś je do niezbędnego minimum, a szczyt energetyczny władowałaś w rzeczy naprawdę ważne, rozwojowe i rajcujące. 



To wszystko się pojawi – i trochę sobie w twojej głowie posiedzi. Dzień, tydzień, miesiąc – może i rok, nie wiem, na razie zmagam się z tym od niedawna. Najśmieszniejsze, że gdy się jeszcze raz obejrzę za siebie, widzę w mijającym dniu wiele ważnych działań, z których jestem zadowolona, dumna, szczęśliwa – ale wredny głosik gdzieś na dnie głowy dalej robi swoją krecią robotę. Obawiam się, że jeszcze przez jakiś czas będę go słyszeć, tak samo jak ty, jeśli zaczęłaś / zacząłeś skupiać się na swojej drugiej ćwiartce. Czasem się nawet obawiam, że nigdy nie umilknie na dobre – ale jeśli to jest cena, jaką się płaci za walkę o życie pełnym, własnym życiem, to jestem gotowa tę cenę zapłacić. I tak jest niewielka w porównaniu z satysfakcją, jaką daje dbanie o rzeczy dla siebie ważne (choć niepilne).

Drugoćwiartkowe problemy mogą dotknąć różnych spraw. Ja przykładowo mam drugoćwiartkowy problem z czasopismami: kupuję je regularnie („Charaktery”, „Coaching”, dodatki w stylu „Coaching extra” albo „Psychologia dziś”) i… odkładam na wciąż rosnącą stertę, której nazwa brzmi „Przeczytam kiedyś, gdy będę miała czas, nie będę miała nic do roboty i w ogóle nagle wstrzymają na jakieś pół wieku Ziemię, żebym mogła sobie spokojnie poczytać”. Jednym słowem: moje czytanie czasopism obrywa typowym myśleniem o sprawach, które nie są pilne (bo przecież to „tylko gazetki”, bo przecież to „taka tam przyjemność”, bo przecież „są ważniejsze książki, prace, działania”), choć są dla mnie ważne (bo dotyczą interesujących mnie tematów z zakresu psychologii, komunikacji, szeroko rozumianego zarządzania życiem, bo mogą się przydać w prowadzeniu zajęć, bo stanowią niekiedy inspirację do felietonu lub posta). I, oczywiście, moje czytanie czasopism było jeszcze do niedawna obarczone poczuciem winy, bo miałam wrażenie, że kradnę czas ważniejszym lekturom.

Znacie to (niekoniecznie w odniesieniu do czasopism, tylko w ogóle samo uczucie)? Pewnie wiel osób zna. To mnie trochę pociesza, ale nie załatwia problemu – bo ten problem, jak co najmniej większość problemów drugoćwiartkowych, każdy musi rozwiązać sam i po swojemu.

KOPNIAK W POCZUCIE WINY

Zaczęłam od kopnięcia w tyłek poczucia winy. Zaczęłam to kopanie już zresztą dość dawno, bo najpierw musiałam się rozprawić z poczuciem winy, że nie czytam wszystkich książek, które sobie na dany rok zaplanowałam (w końcu przestałam planować te „lektury na rok” – i dopiero wtedy odzyskałam na nowo pełną przyjemność z czytania); z poczuciem winy, że nie przeczytałam w danym roku wszystkich kupionych książek (to mnie akurat trochę zmobilizowało do ograniczenia książkowych zakupów, bo faktem jest, że przez parę lat kupowałam kompulsywnie, po dwieście – trzysta pozycji rocznie); z poczuciem winy, że robię sobie znów powtórki czytelnicze i czytam coś, co znam niemal na pamięć, choć tyle nowych pozycji czeka w domu, w bibliotekach, w księgarniach, na całym wydawniczym świecie (tu wielkie wyrazy wdzięczności dla świadomości własnej śmiertelności oraz podstawowej znajomości matematyki. Skoro, przy dobrych wiatrach, może dożyję setki, a w ciągu roku wydawane jest, powiedzmy bardzo skromnie, z dziesięć tysięcy książek*, plus wszystkie utwory literackie stworzone wcześniej, w ciągu dwóch i pół tysiąca lat – to nie ma bata, nawet gdybym czytała jedną książkę dziennie, bym zdążyła przeczytać do śmierci wszystkie książki, które się ukazały. Nawet wszystkie dobre / wartościowe / ważne / przydatne książki. Skoro nie ma bata, to po co się męczyć, dręczyć poczuciem winy i na własne życzenie tracić zwykłą radochę z lektury? I tak, zabiwszy, pogrzebawszy i wyegzorcyzmowawszy poczucie winy, z wielką przyjemnością, gdy tylko mam ochotę, robię sobie czytelnicze powtórki. Kto nigdy nie uginał się pod poczuciem winy „znowu czytam książki, które już czytałem”, ten nie ma pojęcia, jak uwalniająca, odświeżająca i niepodległościowa jest myśl „czytam sobie, co chcę i nic nikomu do tego, ile razy to już czytałam”).



Kopnięcie w tyłek poczucia winy związanego z czytaniem czasopism okazało się wcale nie takie trudne (za to jak mściwie przyjemne!). Kopniak racjonalizujący: to są przydatne gazety i przydatne teksty. Kopniak rozwojowy: są tam rzeczy, które mogą mi pomóc w dbaniu o drugą ćwiartkę. Kopniak hedonistyczny: sprawia mi to przyjemność. Kopniak praktyczno-ultimatumowy: jeśli kupuję, to czytam, bo inaczej to marnowanie pieniędzy, a jeśli nie czytam, to muszę przestać kupować, bo inaczej to marnowanie pieniędzy (bardzo nie lubię marnowania pieniędzy, za to lubię kupować moje gazety, więc nie jestem pewna, czy to właśnie nie ten kopniak wykopał ostatecznie poczucie winy w siną dal).

No i teraz czytam sobie moje czasopisma, czytam bez poczucia winy, bez wrażenia „marnuję czas, który mogłabym poświęcić na czytanie książek” i tak absolutnie bezkarnie, że powinnam dostać jakiś medal w kategorii „Radosny czytacz czasopism”.

Jedyne poczucie winy, połączone z poczuciem „nie ogarniam tej kuwety”, jakie pozostało, dotyczy ogromnej liczby gazet, które zostały kupione, nieprzeczytane i odłożone na stertę. Ta sterta mnie przytłaczała; plus potrzebowałam wyrobienia sobie jakiegoś nawyku, by jednak wprowadzić czytanie czasopism do naturalnego elementu dnia, a nie do przestrzeni „przypadkowe działania, które może wykonam, jeśli zostanie mi jakieś minimum czasu na koniec dnia”. O nie, to już znam z doświadczenia – nawala. Jest dobre dla prac typu składanie wysuszonego prania, a nie dla czytania. No i trzeba było coś zrobić z tymi zaległymi gazetami (znaczy się: przeczytać). Ustaliłam więc sobie zasadę: czytam jedno czasopismo w tygodniu; daje to pięćdziesiąt dwie gazety na rok, czyli po kawałku trochę nadrobię zaległości.

NAWYKI, NIE MA ZMIŁUJ

Czy muszę dodawać, że przez poprzednie dwa lata ta zasada nawalała na całej linii i nie przeczytałam w pełni nawet zestawu gazet z bieżącego roku? Nie muszę? Dziękuję.

To niestety dowodzi, że samo „o, wprowadzę sobie taką fajną zasadę” guzik daje. Nie tylko trzeba znaleźć dla niej czas, lecz również jeszcze – metodę, narzędzie, system, cokolwiek. W tym roku (po kolejnej kilkumiesięcznej zawieszce w czytaniu kupowanych czasopism) wreszcie namierzyłam problem: to czytanie szło mi zwyczajnie wolno, wlokło się, przystawało – diabli wiedzą czemu. Naprawdę wiedzą, to znaczy ja wiem, bo niedawno to do mnie dotarło: czytanie czasopism, zwłaszcza zaległych, od początku do końca koszmarnie mi się wlokło; nie umiem wyjaśnić, dlaczego, bo czytam szybko – tu działał po prostu jakiś psychiczny bodziec, chyba jakaś wariacja myśli „tyle jeszcze zostało do końca, a tam czeka wciąż ogromna sterta zaległości”. No to się wycwaniłam. Dochodzę do wniosku, że wycwanienie się to conditio sine qua non w przypadku drugiej ćwiartki, szczególnie w początkowym etapie jej uniepodległościowienia.



Wycwaniłam się w trzech krokach:

1. Co miesiąc wybieram kilka gazet, które chcę przeczytać. Cztery numery, pięć, żeby się nie przytłoczyć (wiadomo, że jeśli przeczytam je szybciej, dobiorę kolejne egzemplarze).

2. Zaczęłam od czytania zaległości z tego roku oraz zaległości w tytułach, które nie są zbyt licznie prezentowane (w ten sposób nadgoniłam już wszystkie zaległe „Coachingi” oraz „Charaktery” z 2019 i 2018, zaraz zakończę 2017). Dzięki temu mogę sobie zrobić konkretny podział w głowie: ten tytuł przeczytany w pełni, z tego przeczytane takie lata, we wszystkich przeczytane bieżące numery.

3. Chyba najważniejszy krok, choć kuriozalny – czytam od tyłu. Naprawdę. Zaczynam od tekstów na końcu, tekstów najkrótszych, tekstów, które mnie najmniej interesują. „Coachingi” sprzed dwóch czy trzech lat czytałam dosłownie artykuł po artykule – cofając się, od tekstu przy tylnej okładce aż po otwierające numer słowo od redakcji; albo też od danego punktu po kolei aż do końca, czyli parę tekstów, a potem znów od jakiegoś punktu do miejsca, w którym rozpoczynałam wcześniej. Teraz już czytam tak wszystkie bieżące numery. „Charaktery” zaczynam od felietonów, recenzji książek oraz materiałów, które mnie mało ciekawią, ewentualnie są krótkie; „Coachingi” zaczynam od ostatnich tekstów i wywiadów (bo te mnie nudzą, wiadomo). To, co najbardziej smakowite, interesujące i nęcące – tematy numeru, kręcące mnie zagadnienia – zostawiam na koniec. Paradoks: mam na ich czytanie więcej sił, więcej ochoty, więcej ciekawości. Może wcześniejsze spowalnianie tempa czytania wynikało z tego, że zaczynałam lekturę od treści najciekawszych i potem miałam świadomość, że to, co pozostało, już mnie tak nie ciągnie? A teraz to, co ciągnie najbardziej, jest nagrodą za przeczytanie całej reszty gazety? Nie zrozumcie mnie źle: to nie oznacza, że czytam moje gazety z niechęcią, z przymusu i bez przyjemności. Po prostu deser, jak się okazuje, najlepiej smakuje właśnie – na deser, a nie pochłonięty żarłocznie już na wstępie.



U mnie to działa. U kogoś innego nie musi – ale w końcu to ja czytam swoje gazety, nikt inny tego za mnie nie zrobi. Istotne tak naprawdę jest nie to, jak się coś robi, tylko że się to robi; „jak” może być przeróżne i fajnie się ową różnorodnością „jak” ze sobą dzielić, bo można dać lub znaleźć inspirację, podpowiedź, kierunek. Dzielę się więc swoim małym „wycwanieniem drugoćwiartkowym do czytania czasopism”, ale chętnie bym też poczytała o cudzych sposobach. Nawet jeśli z nich nie skorzystam, dobrze jest wiedzieć, jak wiele mamy dróg, by zrealizować to, o czym my marzymy i co marzy o nas w drugiej ćwiartce.

* Dane prostacko oszacowane na podstawie tego tekstu: Ile książek wydaje się w Europie?, „Polityka”.

2 komentarze:

  1. Nigdy nie słyszałam o czterech ćwiartkach i przyznam, że się bardzo bym zainteresowałam. Poszukam książki, o której wspomniałaś w zakładce "o blogu". Bardzo wartościowa strona, z pewnością będę tutaj wracać. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam cztery ćwiartki, to świetna metoda do różnych działań :)
      O, cieszę się, że Cię zainteresowałam książką Coveya! A przy okazji dzięki Tobie zauważyłam, że podałam tytuł, który jest sklejką oryginału ("First things first") i tłumaczenia ("Najpierw rzeczy najważniejsze"). Oryginał bardziej mi się podoba, ale poprawiłam. Dobrej lektury, jestem ciekawa, jakie będą Twoje wrażenia.
      Cieszę się i zapraszam, do przeczytania!

      Usuń